Wpisy w 100 procentach subiektywne

Czytasz na własną odpowiedzialność
RSS
sobota, 29 listopada 2008
Święta tradycja i InterCamp

W Londynie od dawna kolędy słychać na każdym rogu, a Mikołajów jest tyle, że nawet królowa nie jest w stanie ich policzyć. U nas powoli też się zaczyna to szaleństwo. Na placu Żeromskiego powoli pojawiają się drewniane budki, w których będą sprzedawać kramy, mydło i powidło, czyli pseudoświąteczny szmelc. No bo jarmark bożonarodzeniowy musi być – jako rzecze święta tradycja. Sęk w tym, że to może i tradycja, ale nie nasza a stricte niemiecka. Ale wystarczy że ze 3 razy coś się i u nas odbywa, a już jest typowo polskim zwyczajem. Wszystkie Weihnachtsmarkty są u nas tradycyjnym jarmarkiem bożonarodzeniowym.

Właśnie o jarmarkach, ale tych niemieckich, czytała ostatnio ciekawy tekścik, który znajdziecie tutaj. Mowa w nim między innymi o tym organizowanym w Berncastel-Kues. Miła mieścinka nad Mozelą w Nadrenii-Palatynacie, gdzie w maju tego (2008) roku odbył się InterCamp. IC to weekendowy międzynarodowy zlocie skautowy – polecam. W przyszłym roku oczywiście też jadę.

Ale wracając do tematu... Berncastel-Kues położone jest wśród winnic, przez środek przepływa rzeka, na wzgórzu jest malowniczy zamek a nieopodal głównego mostu jest super sklep z bielizną (takie małe zboczenie...). Aha, na ryneczku jest świetna zabytkowa, ręcznie malowana skrzynka pocztowa. A jakbyście trafili przypadkiem na wino Bernkasteler Bratenhöfchen, Riesling-Kabinett (rocznik 2007) to proszę o butelkę i dla mnie!

Jak się okazuje, w tej uroczej mieścince mają dosyć niezwykły zwyczaj jarmarczno-świąteczny:

Inny niezwykły, choć kameralny, rynek bożonarodzeniowy organizowany jest w Berncastel-Kues, małym średniowiecznym miasteczku nad Mozelą, zwanym też miastem wina i winnic. Zabytkowe półdrewniane kamienice, wąskie uliczki, magiczne zakątki pełne zakochanych par - tej atmosfery nie da się po prostu skopiować. Najbardziej spektakularne wydarzenie całej imprezy odbywa się jednak w pierwszą sobotę jarmarku, kiedy to stu pływaków z płonącymi pochodniami przemierza rzekę wpław, zaś za nimi podążają ozdobione łodzie z biskupem we własnej osobie. Duchowny po szczęśliwym zejściu na ląd z radości rozdaje dzieciom czekoladowe cukierki i nawet Święty Mikołaj staje się faktem.

 

Nie wiem, jak wygląda ten jarmark, ale Berncastel-Kues w maju wygląda tak:

ic1

ic2

ic3

 

Fotki pochodzą z Galerii Batonka.

23:09, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 listopada 2008
Patyczaki

Zimno, ble i łazić się nie chce. Ale mama naciągnęła. I w sumie fajnie się łaziło :) Bo z patykami. Po lesie, polnych drogach. Miodzio (o ile nie wieje). No więc żeby nie zanudzać – jak ktoś ma ochotę spróbować to polecam.

patyki

(ta pani obok mnie to nie pracuje jako drogowiec ani ruchem nie steruje - chodzi taka odblaskowa, żeby ją auto nie przejechało!)

Aha, śmiganie z patykami oficjalnie nazywa się nordic walking.

20:31, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2008
Książki na wagę

Wybrałam się wczoraj na zakupy. Obiekt pożądania – regały na książki. Jak się okazuje, nie jest trudne zaopatrzyć się w takie obiekty. No więc się zaopatrzyłam. Ale wiedziona babską ciekawością, wybrałam się przy okazji w odwiedziny do paru okolicznych sklepów. Głownie tych z ubraniami. W jednym z nich – o dziwo! – znalazłam książki. Po angielsku. Miały być sprzedawane na wagę, kupiłam je na sztuki i za 5 pozycji zapłaciłam całe 10 zł. Nie szkodzi, że nie jest to literatura piękna. Ważne, że jest po angielsku. Z ostatniej wyprawy do Londynu została mi jeszcze tylko jedna nieprzeczytana książka w języku wyspiarzy i to tylko dlatego, że czytam reportaże z Afganistanu. Gdy tylko mogę staram się czytać po angielsku, żeby znajomość tego języka (mówionego, pisanego i czytanego) za bardzo się nie uwsteczniła. Tak więc z zakupów jestem bardzo zadowolona :) Mam półki i nowe książki – nie ma jak transakcja wiązana.

Aha, spadł u nas śnieg. Jest biało i ślisko. Trzeba będzie pomyśleć jednak o wymianie opon na zimowe. Ale zanim to nastąpi, biorę kije i wybieram się na śnieżny spacer. Jak wezmę aparat, to może i fotki jakieś się tu pojawią...

 

12:44, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 listopada 2008
Nie autostradzie pod oknem

Mieszkam na peryferiach. Może nie takich, że psy tyłkami szczekają, ale jednak peryferiach. W miarę spokojna okolica, większość sąsiadów się zna (niektórych od piaskownicy). Spokojnie można nocą chodzić po okolicy, na ulicy można się położyć już o 22-giej i do cyrka 5 rano nic mnie nie przejedzie, bo nic tędy nie jeździ. Ale możliwe, że to się zmieni. W planie zagospodarowania terenu widnieje droga, której jeszcze nie ma. Droga, która miałaby być przedłużeniem tej, którą mam pod oknem. Połączona z główną wiodącą do Opola, stałaby się autostradą. ¾ mieszkańców Osiedla waliłoby tędy w kierunku miasta wojewódzkiego plus większość ciężarówek z sąsiedzkiej Strefy Aktywności Gospodarczej. A tu nie byłoby zbyt miłe. Ciche sąsiedztwo zmieniłoby się w mieszkanie przy trasie szybkiego (i natężonego) ruchu. Podobne zdanie ma większość sąsiadów. I planują coś z tym zrobić. Szum medialny, pisma do urzędu, może protest. Pewnie najbliższy tydzień przyniesie odpowiedź, co dokładnie będzie się działo.

Jasne, zaraz odezwie się głos, że chcę paru tysiącom ludzi z Osiedla utrudniać życie. Nie chcę utrudniać ani im, ani sobie. Chcę obwodnicy, która miała powstać już parę ładnych lat temu. Obwodnicy, która wiodła by daleko za miastem, a nie niemal przez jego środek. Bo przeciwko takiej będę protestować.

22:20, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 listopada 2008
Buty od Gabora

Od czasu do czasu popełniam jakiś tekścik historyczny, na ogół związany z miejscem, gdzie aktualnie mieszkam. Tak było w Londynie, tak jest i teraz. Ostatni właśnie taki tekst bardzo lubię. Bo dobrze mi się go pisało, bo historia ciekawa, a reakcje ludzi - bardzo sympatyczne. Dlatego zdecydowałam się tutaj też go wrzucić. Żeby nie było, że coś kombinuję, to piszę wyraźnie i czytelnie, że tekst ten ukazał się w tygodniku "Strzelec Opolski" w wydaniu nr 491 (47). 

 

Najlepsze buty? Oczywiście od Gabora
Tym, którzy długo szukali, zanim znaleźli dobre buty, słowo „Gabor” nie jest obce. Tak samo jak tym, którzy cenią sobie obuwie wysokiej jakości, perfekcyjnie wykonane, z naturalnej skóry. I tym, którzy chcą podążać za najnowszą modą również. Gdyby spytać, z czym kojarzy się słowo „Gabor” odpowiedzą bez wahania – z jedną z najlepszych firm obuwniczych w Europie.

Spytałam mieszkańców Strzelec, z czym im się kojarzy. „Proszę powtórzyć, bo nie znam takiego słowa” – usłyszałam. „Nie wiem, z niczym” – ta odpowiedź padała najczęściej. Zaledwie kilka starszych osób odpowiedziało, że z szewcem, który kiedyś mieszkał w Strzelcach i miał fabrykę obuwia.

Firma obuwnicza Gabor znana jest na całym świecie. Od lat słynie z wyrobów najwyższej jakości, modnych i bardzo wygodnych. W większości notek o historii przedsiębiorstwa znaleźć można informacje, że firma powstała w 1949 roku w Barmstedt pod Hamburgiem. Trudno doszukać się choćby małej wzmianki o tym, że buty marki Gabor powstawały już wcześniej, przed wojną, w Strzelcach Opolskich.

- Pius Gabor był szewcem – opowiada Waleska Hylińska, która była kiedyś nianią w rodzinie Gaborów. - Szył buty najpierw sam, potem założył fabrykę. Stała tam, gdzie teraz jest PPO, koło więzienia. Sporo ludzi zatrudniała. Jeszcze nie tak dawno temu żył w Sieroniowicach jeden szewc, który pracował u Gaborów. Buty tam szyli, a sprzedawali je w swoim sklepie. Gaborowie mieli kamienicę przy rynku, wtedy to było na Krakauer Straβe 5. Na dole był sklep, na piętrze ich mieszkanie. Jaki elegancki był ten sklep! Buty stały idealnie równo na półkach, drewniana podłoga była zawsze wyszorowana do białości. I ten zapach – skóry i pasty do butów.

Pius Gabor stawiał na jakość. Produkował tylko z najlepszej skóry, każdą parę osobiście sprawdzał. Jego dbałość o szczegół docenił Jacob Single, twórca marki „Salamander”. Pius Gabor mógł się posługiwać charakterystycznym znakiem z jaszczurką, który przyznawany był przez Jacoba Singla tylko butom najwyższej jakości. Znak ten pojawił się między innymi na firmowych łyżkach do butów Gabora.


Ponad miesiąc temu w salkach przyparafialnych obok kościoła pw. św. Wawrzyńca odbyło się spotkanie poświęcone Gaborom. Zorganizowała je polsko-niemiecka biblioteka Caritas im. Josepha von Eichendorffa w Opolu.

Pius, Lucy, Achim i Geogr Gabor

 

- Mam jedną taką łyżkę – powiedział wyjmując ją z kieszeni Roman Jackowiak. – Pan też? Myślałam, że mam jedyną w Strzelcach – szczerze zdziwiła się miła starsza pani, która siedziała obok niego.

- Miałam 18 lat jak zaczęłam u nich pracować – ciągnie swoją opowieść Waleska Hylińska. – Szukałam pracy, kupiłam gazetę i patrzyłam na ogłoszenia. Znalazłam to, które dała pani Lucy Gabor. Poszłam do niej, porozmawiałyśmy. Szukała kogoś, kto by chłopaków dopilnował, w domu oporządził a jak trzeba, to i w sklepie pomógł. Kilka kobiet się o tę pracę starało, ale jak się dowiedziała, jak mi na imię, to od razu dostałam tę posadę. Bo kobieta, która z tej pracy odeszła, tak samo się nazywała. Pani Lucy to bardzo dobra była. Taka serdeczna. Pius Gabor też. A chłopaki, jak to dzieci – lubili psocić, no ale jak dzieci nie psocą, to znaczy, że chore. Chłopców było pięciu. Najstarszy był Hans, potem Hubert, Bernard, Achim i Georg. Jak zaczęłam dla nich pracować, to Achim miał 10 lat, a Georg – 8. Wesoło z nimi było, lubili psikusy różne. Wołali na mnie Walli, krócej niż Waleska. Całą wojnę dla nich pracowałam. A potem Ruscy pod miasto podchodzili. Niemcy wyjeżdżali z miasta. Jak kto stał, tak uciekał. Pius i Lucy Gabor zostali. Pan Pius mówił, że nie może zostawić firmy ani pracowników. Gdy Ruscy weszli do Strzelec, zastrzelili Gaborów. Wzięli ich do takiego lasku, teraz to jest na końcu Mokrych Łanów, niedaleko Ujazdowskiej, przy ruinach starej remizy. Tam ich rozstrzelali razem z innymi Niemcami, którzy nie wyjechali. To co było w sklepie i mieszkaniu spalili albo rozkradli. A co się stało z dziećmi? Długo nie wiedziałam. Ludzie różne rzeczy mówili, że ktoś je ukrył, że starszych Ruscy zabili, że te młodsze po mieście się błąkały i nikt im nie dał nawet nic do jedzenia, żeby za pomoc Niemcom nie dostać kulki... Potem bałam się ludzi o to wypytywać. Gdzieś w latach 70-tych ktoś mi powiedział, że Gabor to nazwa wielkiej firmy szyjącej buty. Wiedziałam, że któryś musiał przeżyć wojnę. Ale dopiero po latach dowiedziałam się, jak to było naprawdę.

Goerg Gabor pierwszy po wojnie raz odwiedził rodzinne miasto dopiero w 2000 roku. Przyjechał do Polski gdy otwierano pierwszy sklep firmowy we Wrocławiu.

- Zadzwonił, że będą we Wrocławiu i chciałby przyjechać. Nie sądziłam, że Georg to taki starszy pan! Dla mnie on zawsze był 10-latkiem, z którym chodziłam na jagody do lasu. Przyjechał z dorosłym synem. Gdy się spotkaliśmy, to i on, i ja, byliśmy bardzo wzruszeni. Siedzieliśmy i wspominaliśmy… Pamiętali, że chodziliśmy na jagody – Geogr, Achim i ja, że nie chciało im się ich zbierać i moje z konewki wyciągali. Wspominali nasze spacery po lesie aż do gospody tam przy drodze na Osiek, za Farską Kolonią. Urwisy z nich były, trzeba przyznać. Cukierki zawsze wyjadali, lubili słodycze. Najpierw nie chcieli, ale udało mi się namówić ich na obiad. Jak dostali na talerzu kluski, roladę i kapustę, to się nadziwić nie mogli, że smakuje dokładnie tak, jak to Georg zapamiętał z dzieciństwa. Zanim do mnie przyjechali, dzwonili się spytać, jaki mam rozmiar. Mówiłam im, że nie trzeba mi butów. Zdrowie już nie te i z domu nie wychodzę, więc używam tylko Hausschuhe – pantofli. Ale się uparli i przywieźli mi buty. Ładne takie, z miękkiej skórki. Georg sam mi je na nogi wkładał. Klęczał ten synek przede mną i mi je zakładał. Taki światowy człowiek, taki bogaty, znany a swojej starej niani buty zakładał… Opowiedzieli mi wtedy, co się działo od czasu jak Ruscy weszli do Strzelec.

Spotkanie dla pracownikow firmy Gabor w domu Piusa Gabora w Strzelcach, ok. 1933 roku

Rodzice, Pius i Lucy Gabor chyba przeczuwali, co się święci. Dzień przed wkroczeniem Czerwonej Armii wysłali synów do ciotki w Saalfeld, w Turyngii. Achim, który miał wtedy 16 lat, został zatrzymany i wysłany do kopania rowów obronnych. Trafił do niewoli. Hans był w wojsku, walczył pod Stalingradem. Bernard, trzeci z braci, również trafił do niewoli.

Achimowi udało się uciec. Z Turyngii przedostał się przez Berlin do Rostocku. Tam, żeby przeżyć, za kromkę chleba pomagał w mleczarni. Po jakimś czasie doszła do niego informacja, że Bernard wydostał się z niewoli. Obaj wrócili do Saalfeld. Tam zajęli się tym, co umieli od dziecka – produkcją butów. Nie było surowców, z których można by je robić, więc radzili sobie jak mogli – ze starych opon samochodowych, szyli własnymi rękami pantofle. Z czasem dorabili się pierwszych maszyn. Gdy sytuacja w powojennej Turyngii staje się naprawdę zła, bracia postanawiają przenieść się do Niemiec Zachodnich. Pakują dobytek do plecaków i na własnych plecach przenoszą go przez granicę. Tam otwierają pierwszy zakład w wynajętej fabryczce. I odnoszą sukces dzięki „butom dla każdego” czyli „Jedermann-Schuh”. Zatrudniają 14 osób. To co wyprodukują, Achim rozwozi do klientów w teczce na rowerze. Nie zawsze sprzedaje za gotówkę – czasami wymienia za żywność bądź skórę potrzebną w warsztacie. Trzy lata po rozpoczęciu działalności budują własną fabrykę. Kolejnym ich przebojem są buty „California”. Handlowcy niemal się o nie biją, wpłacają zaliczki na partie, które jeszcze nie zostały wyprodukowane. Bracia Gabor rewolucjonizują produkcję obuwia – jako pierwsi rezygnują z przyszywania cholew do podeszwy, oni je sklejają.

W 1966 roku Bernard Gabor ginie w wypadku samochodowym. Achim decyduje się przenieść fabrykę do Rosenheim pod Monachium. Przenosi maszyny, ponad 60 pracowników i ich rodziny. Lata 60-te to czasy najlepszej prosperity firmy – ich buty noszą gwiazdy kina, estrady, muzycy, politycy… Audrey Hepburn występuje w nich w „Śniadaniu u Tiffaniego”, The Beatles grają koncerty w butach od Gaborów. Firma rozwija się coraz prężniej, powstają nowe fabryki – w Portugalii, Austrii i Słowacji. Dziennie produkuje się ponad 25 tysiąca par obuwia, rocznie sprzedają ich prawie 8 milionów.

- W mieście niektórzy wiedzieli, że Gaborowie są właśnie stąd – ciągnie swoją opowieść pani Hylińska. – Ale po 89-tym, gdy oni mogli już spokojnie do nas przyjechać, to nikt nie chciał się podjąć tego, żeby ich zaprosić. Chyba władza się bała. Bo tam gdzie była fabryka Gaborów, teraz jest PPO. Zakład nie ucierpiał tak bardzo, produkcja szybko tam wróciła. Do dzisiaj w hali stoją maszyny z ich logo. Nikt ich nie używa, po prostu stoją. Chyba ludzie bali się, że oni będą chcieli swój dawny majątek odzyskać. No i aż do 2000 roku nie przyjechali. Ale mieli kontakt ze Strzelcami. Wiem, że kontaktowali się ze świętej pamięci proboszczem, księdzem Stelmannem. Wysłali mu w czasie stanu wojennego transport butów, żeby rozdać potrzebującym. Od niego chyba mieli też adresy byłych pracowników. A przecież to byli ludzie, którzy pracowali dla ich rodziców, oni byli wtedy małymi dziećmi! A pamiętali cały czas. Od lat 80-tych wysyłali paczki. Zawsze były buty, kawa. Czasami w kopercie pieniądze wysyłali, 20 marek, potem już euro. Koperty były czarne, takie jak na kondolencje – wtedy na poczcie nikt ich nie ruszał. I zawsze życzenia na święta przysyłali. Widzi pani, tacy ważni ludzie, a tacy normalni…

- Gdy przygotowywaliśmy się do obchodów 100-lecia kościoła pw. św. Wawrzyńca, pomyślałem, że można ich zaprosić – mówi Henryk Rudner. – Nie wiedziałem, jak się z nimi skontaktować. Wysłałem e-mail na oficjalny adres, jaki znalazłem na stronie internetowej firmy. Po jakimś czasie przyszła odpowiedź, że niestety pan Georg ma w tym czasie zaplanowany inny wyjazd. Mam nadzieję, że uda się go kiedyś do Strzelec ściągnąć. Bo dobrze by było, żeby mieszkańcy wiedzieli o tym, że taka osoba stąd się wywodzi.

Szukałam w strzeleckich sklepach butów z charakterystycznym „G”. Niestety. Po Gaborach w Strzelcach jest coraz mniej śladów.
 

21:26, czeszka22
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 listopada 2008
Garłacz a sprawa strzelecka

W „Gołębniku” wczoraj i dzisiaj, czyli w sobotę i niedzielę, trwała wystawa gołębi rasowych. Gruchające kulki były różnorakie – małe, duże, puchate, postrzępione, kolorowe, jednolicie maszczone. Wśród nich były też garłacze – ptak jak ptak, nie żebym była miłośniczką gołębi. Po prostu jeden z wielu. Ale jak się okazuje, garłacz górnośląski, jest dosyć ciekawym ptakiem. Z powodów wybitnie historycznych.

 

Garłacza wyhodował w 1921 roku właściciel Strzelec Opolskich, hrabia Strachwitz. Nazwał ptaka swoim nazwiskiem i właśnie w 1921 roku ta rasa została zarejestrowana w Europejskim Związku Hodowców Gołębi Rasowych. Hodowcy nazywają je nadal "Strachwitzami".

Przechodziłam koło ruin zamku od dziecka a nie wiedziałam, że ostatni właściciel był „gołembiorzem”.

14:41, czeszka22
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 listopada 2008
Służba, "Wielkie" i niezwykły kościół
Czasami służba wzywa. Dzisiaj też wezwała. Do Załęcza Wielkiego na zbiórkę Rady Naczelnej pewnej poważnej skautowej organizacji. Dobrze, że pojechałam we właściwym kierunku, a mało brakowało, że wylądowałabym w Wielkopolsce. Bo po wpisaniu w nawigację hasła „Załęcze” pokazało mi drogę pod Rawicz. Na szczęście coś mnie tknęło i w necie poszukałam, gdzie dokładnie mam jechać. Okazało się, że jakieś 150 km bliżej. A mało brakowało... Na szczęście coraz lepiej radzę sobie w podróżach sama :)

Dojechałam. Załęcze Wielkie. Słowo „wielkie” jest mocno przesadzone. Zanim wjechałam, wioska już się kończyła. Dobrze, że sklep był otwarty, to wyjaśnili jak dojechać. W lewo, przez most, za mostem znowu w lewo i jak droga prowadzi... Fajnie, ale droga się skończyła. Znaczy się asfalt się skończył. Potem zasięg. Twardo jechałam przez piach i miałam rację. Przedstawiłam szanownemu Bardzo Ważnemu Gremium sprawozdanie z organizacji największej skautowej imprezy jaka odbyła się w tym roku w naszym kraju. Szykowałam się na grad pytań. Padło jedno. – Ponoć mieliście ekologiczne toalety... na czym to właściwie polegało...

Jadąc „tam” widziałam ciekawy kościółek po drodze. Więc jadąc „z powrotem” zatrzymałam się go pooglądać. Trochę strasznie było, bo wokoło kościółka cmentarz, a już ciemnawo było... Na szczęście nie ja jedna chciałam pozwiedzać. Kościół nietypowy, bo jakby z wielu połączonych kaplic jest zbudowany. Niski, drewniany, pachnący starością. Niesamowity. Jak się okazuje, jego historia jest jeszcze ciekawsza. Skrótowo napiszę tylko tyle, że powstał niedługo po bitwie pod Grunwaldem, w środku jest pień sosny, wiążą się z nim legendy, jest zabytkiem klasy zerowej i choć mimo tego, że czerwonoarmiści rozpalili w nim ognisko, stoi cały. Aha, makieta tego właśnie kościoła, wraz z makietą wieży Eiffla, zdobiła światową wystawę sztuki architektonicznej w Nowym Jorku.

Ten, nieco dłuższy opis, pochodzi ze strony www.dedyk.republika.pl/historia.htm

Dzieje Sanktuarium św. Anny w Oleśnie sięgają początków XIII wieku. Nie zachowały się żadne informacje w kronikach dotyczące początków oleskiego sanktuarium, ale najstarsi mieszkańcy tego miasta zapytani o dzieje tej świątyni i kultu św. Anny opowiadają "Legendę o róży" oraz inną starą opowieść, która została w XIX wieku spisana przez Józefa Lompę. Według owych przekazów św. Jadwiga - małżonka legendarnego założyciela Olesna księcia Henryka Brodatego - w pierwszych latach XII stulecia zawiesiła na sośnie w podoleskim lesie obraz św. Anny Samotrzeciej. Tenże wizerunek miał wisieć na pniu drzewa przez następne dwieście lat.

... przez gęsty oleski bór wędrowała samotnie córka mieszczanina, powracająca z odwiedzin w pobliskiej wiosce. Nagle została napadnięta przez rozbójników licznie ukrywających się w lesie. Przerażona Oleśnianka zaczęła uciekać co sił w nogach, aż dotarła pod wspomnianą sosnę z wizerunkiem św. Anny. Dziewczyna uklękła pod drzewem i gorąco wzywała świętą patronkę o ratunek. Po chwili modlitwy została cudownie ukryta przed spojrzeniami zbójów, którzy mimo długich poszukiwań nie dostrzegli jej.

Dziewczyna szczęśliwie wróciła do domu i opowiedziała rodzinie o cudownym ocaleniu jakiego doznała przez orędownictwo św. Anny. Dla okazania należytej wdzięczności uratowana Oleśnianka poleciła wykonać rzeźbę św. Anny trzymającej na ręku Matkę Bożą i Dzieciątko Jezus. Następnie pomalowaną figurkę zawiesiła na sośnie pod którą doznała cudownego ocalenia. Od tej pory wokół drzewa gromadzili się ludzie proszący Boga za orędownictwem św. Anny.

Z roku na rok przybywało pielgrzymów, dlatego za wspólnym porozumieniem mieszczan oleskich i klasztoru Kanoników Regularnych św. Augustyna w roku 1444 wzniesiono małą, drewnianą kaplicę św. Anny. Główny ołtarz tej kaplicy wsparto o pień cudownej sosny, której konary poobcinano tak, aby mogła się zmieścić we wnętrzu.

Wkrótce kaplica okazała się zbyt mała i Oleśnianie postanowili wybudować kościół. Prace budowlane ukończono na początku 1518 roku, a uroczystej konsekracji świątyni dokonał, w drugą niedzielę po Wielkanocy, biskup wrocławski Jan Thurzo von Bethlehem Falva, Pan Wolnego Państwa Pszczyńskiego, który "w darze za poświęcenie kościoła otrzymał pół garnca (dwie kwarty) wina przedniego i kozła sarniego". Na życzenie biskupa Jana i jego brata Alexego, magnata z Węgier, jeden z uczni Wita Stwosza, artysta rzeźbiarz mistrz Jan wykonał w 1517 roku gotycki tryptyk „Wielka Swięta Rodzina” - z 32 postaciami w płaskorzeźbie. 

Wraz z upływem czasu dzięki wielu fundatorom kościół św. Anny zmieniał swój wystrój architektoniczny. I tak w 1639 roku mieszczanin Wachowski, właściciel folwarku na Wielkim Przedmieściu, podarował deski na podłogę, której dotąd nie było. Zaś ówczesny proboszcz oleski Jerzy Flak zainicjował budowę wieżyczki sygnaturki oraz nieistniejącego już ołtarza bocznego poświęconego Chrystusowi Zbawcy. W1668 roku następny proboszcz oleski Andrzej Pechenius wspólnie z radą parafialną zdecydował iż należy powiększyć istniejący już kościół. Zamysł ten zyskał ogólną aprobatę i w dniu 6 grudnia 1668 roku zawarto umowę budowlaną między proboszczem Andrzejem Pecheniusem, przeorem Janem Petetiusem, superiorem Michałem Ochotskim z jednej strony, a mistrzem ciesielskim Marcinem Snopkiem z Gliwic z drugiej strony. Zamawiający pracę zaznaczyli, że nowa przybudówka ma znajdować się w miejscu starej kaplicy z muru pruskiego i przybrać kształt pięciopłatkowej róży swym wyglądem przypominającej herb miasta Olesna.

Prace budowlane rozpoczęto 19 marca 1669 roku. Stara i nowa część kościoła połączone zostały holem o długości 11 metrów, będącym "łodygą kwiatu róży". Przy kładzeniu przyciesi mistrz Marcin postanowił by w kopule umieścić dwa otwory, natomiast we wnętrzu wykonać chór biegnący dookoła nowej, tzw. centralnej części kościoła. Wszystkie przewidziane w umowie prace zostały ukończone przed uroczystością św. Anny w 1670 roku.

Przy tymże budowaniu, gdy cieślom dla lepszej ochoty mieszczanie beczkę piwa wystawili, a tegoż już na schyłku było, jeden z cieślów radził ostatek na jutrzejszy dzień zachować, drugi zaś radził wszystko wypić, przydawszy, że św. Anna nazajutrz znowu tę beczkę napoje napełni. Stało się jako mówił, bo nazajutrz nowym piwem napełnioną beczkę znaleźli. Tym nowym cudem pobudzeni będąc cieśle tak ochoczo koło budynku pracowali, że w krótkim czasie kościół wystawili.

Zaraz po uroczystym poświęceniu nowej części kościoła, zaczęto zmieniać jego wnętrza. Z nakazu proboszcza zerwano i spalono wszystkie wota, składające się głównie z kołnierzy i chustek, które nie były żadną ozdobą świątyni. Następnie przeor klasztoru Kanoników Regularnych św. Augustyna Bartłomiej Aleksander polecił na swój koszt wykonać i wstawić 25 okien do całego kościoła, a nowy proboszcz Jerzy Czekalla w roku 1681 nakazał wybrukować środek świątyni cegłami. Potem pustelnik Wawrzyniec Chylek wyłożył deskami cały jedenastometrowy hol oraz zbudował dwa konfesjonały i ambonę.

Przestrzeń między nawą a prezbiterium przecina belka tryumfalna, na której zawieszone są wota: kij, rzeźba głowy jelenia św. Huberta, oraz kajdany tureckie. Z tymi wotami związane są stare legendy spisane przez Józefa Lompę.

O ćwierć mili ku północy od Olesna stoi kościółek św. Anny. Obok ołtarza widać snycerskiej roboty głowę jelenia, na którego rogach mały kijek i para kajdan wisi. Przed czterystu laty były tu wielkie lasy zgoła pod samo miasto się ciągnące. Dnia pewnego jeleń gonił tu dziewczynę, zaś ona widząc śmierć za sobą objęła w strachu grubą sosnę. Jeleń, już chciał ją wziąć na rogi, lecz na w przestrachu zawołała: "Święta Anno, ratuj mię uciekającą pod Twoją obronę". Jeleń obrócił się natychmiast, jakoby śmiertelnie raniony i wielkim pędem ruszył nazad. Chcąc dzięki złożyć uklękła panienka pod sosną i wzdychając serdecznie pogląda do góry i oto widzi na drzewie najśliczniejszym światłem oblaną figurkę św. Anny z Maryją i dzieciątkiem Jezus. Na tymże miejscu najprzód kaplicę z drzewa wystawiono, zaś figurka ta zdobi ołtarz. Otóż i na pamiątkę tego zdarzenia głowa jelenia.

W Wojciechowie - wsi na ćwierć mili długiej orzący chłop na polu miał swego synka na poganiacza. Niekontent z jego niezgrabnej posługi uderzył go rozgniewany ojciec kijem w głowę i chłopaczyna natychmiast nieżywy został. Ojciec przestraszony, w pomoc św. Anny na sośnie zjawionej zawierzający, włożył martwego syneczka na wóz i pojechał z nimi przed kaplicę, modląc się gorąco do Boga i wzywając o przyczynienie się za nim do św. Anny. Chłopiec ożył i oto na pamiątkę ta laska.

Dwaj Olescy młodzianie dostali się w niewolę turecką. Leżący w więzieniu mówili sobie: "Jutro będzie u naszej św. Anny odpust, oj, gdybyśmy też to tam być mogli ! " , poczym zasnęli. Skoro się dniło, ocuciwszy się, byli pod kościółkiem św. Anny. Patrząc na kościół mniemali że im się marzy lecz widząc leżące opodal kajdany uznali cudowne swoje uratowanie. Otóż i kajdany na pamiątkę.

W starej części kościoła znajdują się dwa ołtarze boczne poświęcone św. Józefowi i św. Walentemu. Podobnie w holu łączącym starą i nową część świątyni ustawiono dwa ołtarze: Matki Boskiej Bolesnej oraz N.M.P. Królującej. Znajduje się tam również obraz wotywny ufundowany w 1695 roku przez mieszczanina oleskiego Szymona Foita. Wizerunek ten przedstawia scenę cudownego ocalenia fundatora obrazu, który wpadł w bagno w czasie powrotu z Lublińca do rodzinnego miasta.

Druga połowa XVII wieku była okresem największego rozkwitu w dziejach oleskiego sanktuarium. W tym okresie konwent Kanoników Regularnych prowadził rejestr cudów doznanych za orędownictwem świętej Anny. Do dnia dzisiejszego zachowało się kilka nazwisk ludzi cudownie uzdrowionych. Oto one Augustyn Schőnwitz - Oleśnianin, od 1680r. kapucyn we Wrocławiu; Anna Kulla - mieszczanka; Błażej Lassonius - rektor miejski oraz dwaj szewcy: Walenty Wyzgalla oraz Sebastian Lin.

W roku 1945 Sanktuarium św. Anny stanowiło schronienie dla Oleśnian ukrywających się przed Armią Czerwoną. Jednak pewnego styczniowego dnia żołnierze radzieccy wdarli się do świątyni i rozpalili w niej ognisko. To, że w suchym, drewnianym kościele nie wybuchł pożar graniczy z cudem, bowiem budowla pozostała nienaruszona. Powojenny, generalny remont kościoła św. Anny przeprowadzony został w latach 1958-59 pod kierunkiem proboszcza Gustawa Łysika, zaś nadzór nad całością prac ciesielskich sprawował mistrz Jan Kus

W nocy z 19 na 20 sierpnia 1994 roku skradziono rzeźby z głównego ołtarza. Za odnalezienie wyznaczono Do tej pory jej nie odnaleziono.

21:35, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
Psycho??

Przyglądając zasoby sieci znalazłam siebie. Na zdjęciu oczywiście. Zdjęcie jest w miarę aktualne (tegoroczne wakacje). I tak patrząc na nie zastanawiam się nad własną kondycją psychiczną... 

 

A foto oczywiście zrobił Batonek :)

21:03, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 listopada 2008
Luźne myśli poświąteczne

Mam pecha ostatnio, a może to inni mają szczęście? Cztery tygodnie, dwa wypadki, trzy osoby którym pomogłam, zero rękawiczek w apteczce. Ale od początku.

Jechałyśmy z mamą do dziadka. Spoko, urwę się o 15-tej z pracy, wyjedziemy wcześniej to ominiemy największe korki. Jak zapowiedziane, tak też się stało. Wyjechałyśmy wcześniej. Mijamy jedną wioskę, drugą. Za trzecią samochód w rowie, jacyś ludzie obok, ktoś rozkłada trójkąt. Zboczenie zawodowe kazało zadzwonić na dyżurkę policji. – Było zgłoszenie, że ktoś wpadł do rowu. Nasi są w drodze. Nie wiem dokładnie co się stało, poza tym, że jedna osoba potrzebuje pomocy – usłyszałam. No to po hamulcach, w tył zwrot i do wypadku. Po drodze mama podawała z apteczki rękawiczki lateksowe. Facet z wielokrotnym złamaniem chyba wszystkich możliwych kości w rękach, podejrzenie uszkodzenia odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Kobieta zakleszczona w aucie, rozwalony łuk brwiowy. Więcej nie dało się wywnioskować, bo nie było do niej dojścia. Szybko zjawili się strażacy i karetka, więc po pół godzinie spokojnie pojechałam dalej. Korków nie ominęłam.

11 listopada. Po uroczystościach typu flagi, kwiatki, pieśni, jadę w kierunku umówionego wywiadu ze strażakami. Trochę się przeciągnęło zanim wyjechałam, więc dzwonię do strażaków żeby powiedzieć, że jakieś 10 minut się spóźnię. Ledwo odłożyłam telefon, wjeżdżam do wioski widzę na poboczu babcię. Siedzi na ziemi, obok rower. Po hamulcach. Wychodzę i pytam, co się stało. Upadła, bo poślizgnęła się na kamyczkach na poboczu. Złamanie otwarte kostki. Nieładne, ale krwi mało. Zabezpieczyłam ranę, żeby kurz i piach nie wpadał, karetka powiadomiona. Wokoło już sąsiadki biadolące „O Boże, a cożeście to Krawcowa zrobili, taka tragedia, to już pewno chodzić nie będziecie...” i dawaj w ten ton uderzają. Babcia się nieźle trzymała, ale jak usłyszała takie zawodzenie, to się zaczęła łamać. Więc żeby kumoszki czymś zająć, jedną wysłałam, żeby czatowała czy karetka jedzie, inna po męża poszła... Mąż to już zupełnie inna para kaloszy. Jak zobaczył szanowną małżonkę siedzącą na ziemi to zaczął na nią krzyczeć „Mówiłem, żebyś na kole (czyli rowerze) nie cisła (jechała) ino piechotą (na nogach)! No więc żeby był spokój, męża po książeczki zdrowia wysłaliśmy :) Co miał nam chłop przeszkadzać. Koniec końców karetka przyjechała, babci nogę nastawili – miała krążenie, więc nie było źle. Zapakowali, pojechali do szpitala. A ja na wywiad.

Efekt taki, że w apteczce brak opatrunków jałowych, chusty i rękawiczek jednorazowych. Ale warto było.

Jakby ktoś po przeczytanie tego wpisu poczuł nieodpartą chęć nauczenia się udzielania pierwszej pomocy to polecam materiały z zakresu pierwszej pomocy.  

 

Inna rzecz z harcerskiego podwórka. Święto Niepodległości. Msza, wieńce pod pomnikiem. Przy pomniku warta honorowa – policja, straż, wojsko i harcerze. Harcerze z karabinami do paintbala. Po co? O co chodzi? Od kiedy harcerze noszą broń? Z tego co wiem, żaden regulamin na to nie pozwala. Po uroczystości podchodzi do nas (stałam z kolegą-telewizorem) komendantka hufca. I żeby ją koniecznie nagrać, bo ona wytłumaczy, że oni chcieli oddać hołd tym harcerzom, którzy z bronią w ręku walczyli o wolność, że już Piłsudski wydał specjalną odezwę, bla bla bla. Jakkolwiek, to chyba o tę wolność nie walczyli z karabinami do paintbala.
21:29, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 listopada 2008

Świat jest mały. A Europa na pewno. No i do tego ten Internet... Niedawno będąc w Londynie wybrałam się na wystawę o sztuce bizantyjskiej w Royal Acadamy of Art. Większość angielskich (i w ogóle światowych) muzeów jest tak konstruowana, żeby zwiedzający wychodząc z muzeum czy wystawy nie mógł nie przejść, przez sklepik z pamiątkami. Więc i ja, chcąc czy nie, przez taki sklepik przeszłam. Przyglądnęłam się co mają na półkach i w oko wpadł mi nietypowy wieszak...

 

wiesz

 

Wczoraj wieczorem przeglądając Internet trafiłam na tekst poświęcony nowym brytyjskim grupom architektów, którzy zajmują się dodatkowo wzornictwem użytkowym. I co wychwalają na tej stronie? Ten sam wieszak :)

A swoją drogą, wieszak mi się strasznie podoba i gdyby tak ktoś miał ochotę taki mi sprezentować, to nie będę oponowała :D

14:45, czeszka22
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
następne
Archiwum
Październik 2008
Listopad 2008
Grudzień 2008
Styczeń 2009
Luty 2009
Marzec 2009
Kwiecień 2009
Maj 2009
Czerwiec 2009
Lipiec 2009
Sierpień 2009
Wrzesień 2009
Październik 2009
Listopad 2009
Grudzień 2009
Styczeń 2010
Zakładki:
Fajne takie
Blog Sebastiana
Crazy Texas Team
Doktoorka
Excess Baggage
Fotki Zbyszka Z.
Foto u Jarka
Gabi i Marton (po węgiersku)
Galeria Batonka
Marta w Mongolii
Moda na suknie
Noor
Pamiętnik lekarki
Pirsport
Pokój nauczycielski
Przekroczyć granice
Studentów 2óch
Szpitalne życie
Tour d’Europe


The Breast Cancer Site
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog